UNIWERSYTET
TRZECIEGO WIEKU
Tarnowo Podgórne


Turystyka

A-A+
print


print

Gruzja


Zapomniane gruzińskie sanatorium

Gruzja już od kilku lat jest popularnym celem wycieczek senioralnych. Fascynująca historia i bogata kultura sięgające początków chrześcijaństwa, monumentalne góry Kaukazu, wyśmienita kuchnia i wino a do tego uśmiechnięci i otwarci ludzie, to tylko nieliczne z atutów tego kraju.

Dzięki bezpośrednim połączeniom lotniczym z Polski, w zaledwie kilka godzin seniorzy dostać się do stolicy Gruzji – Tbilisi czy leżącego w regionie Imeretii miasta Kutaisi. Dziś chciałabym zabrać Państwa w podróż do miejsca trochę zapomnianego. Każdy turysta odwiedzający Gruzję kojarzy zapewne Kutaisi, czy leżące nieopodal Jaskinie Prometeusza. Wciąż jednak niewiele osób słyszało o Tskaltubo – mieście, które lata temu stanowiło główne gruzińskie uzdrowisko i przyciągało tysiące kuracjuszy z całego Związku Radzieckiego. Prestiż Tskaltubo był tak duży, że zdecydowano się na uruchomienie bezpośredniego połączenia kolejowego z Moskwy, a swoją łaźnie miał tutaj sam Józef Stalin.

Początki uzdrowiska

Pierwsze dane historyczne o Tskaltubo pochodzą już z VIII-IX wieku. Popularność i uznanie jako uzdrowisko zyskuje jednak dopiero na przełomie XII i XIII wieku, gdy Gruzja przeżywa swój okres świetności. Nie trwa on jednak długo. Już pod koniec XIII wieku kończy się złota era w Gruzji i nadchodzi kryzys, w którym państwo pogrąży się na długie stulecia. W tym czasie Tskaltubo przestaje funkcjonować jako uzdrowisko a z wyjątkowych właściwościach jego wód korzystać będą jedynie okoliczni mieszkańcy.

Minie kilkaset lat zanim Tskaltubo po raz kolejny pojawi się w przekazach historycznych. W XVIII wieku podczas swej podróży po Kaukazie, niemiecki podróżnik Johann Anton Güldenstädt na nowo odkrywa niezwykłe właściwości tamtejszych wód leczniczych. Stworzone przez niego opracowania cieszą się niezwykłą popularność. Już w XIX wieku zostają przetłumaczone z języka niemieckiego na rosyjski. Zainteresowanie Tskaltubo wzrasta. W 1913 roku przeprowadzono dokładną chemiczną analizę wód, potwierdzająca wcześniejsze obserwacje Güldenstädta. Wody mają unikalny skład i lecznicze właściwości. Tskaltubo staje się oficjalnym kurortem balneologicznym od 1920 roku, a status miasta otrzymuje w 1953 roku.

Właściwości wód leczniczych

Wody mineralne Tskaltubo, których temperatura wynosi 33-35 stopni Celsjusza, należą do najlepszych na całym Kaukazie. Podczas prowadzonych badań doceniono ich szeroki zakres leczniczy. W Tskaltubo seniorzy mogą leczyć między innymi:

  • obwodowy układ nerwowy,
  • serce i naczynia krwionośne,
  • zaburzenia metaboliczne,
  • układ hormonalny,
  • choroby ginekologiczne.
  • choroby dermatologiczne,
  • choroby kończyn,
  • reumatyzm,
  •  mózgowe porażenie dziecięce.

Na wyjątkowość Tskaltubo jako uzdrowiska wpływa również fakt jego położenia. W regionie Imeretia, w którym leży miasto, znajduje się bardzo wiele jaskiń. Ich mikroklimat ma również właściwości lecznicze, jest naturalnym lekarstwem stosowanym w leczeniu astmy oskrzelowej, dusznicy bolesnej, nadciśnienia, nerwicy i przewlekłego zapalenia płuc.

Uzdrowisko w czasach radzieckich

Tskaltubo przeżywało swój rozkwit w czasach Związku Radzieckiego. Plan generalny miasta opracowano w latach 1950-1951. W różnych okresach wybudowano tutaj aż 19 sanatoriów i pensjonatów, 9 łaźni, park zdrojowy i oddział Naukowego Instytutu Resortologii i Fizjoterapii. Było to uzdrowisko z prawdziwego zdarzenia. Część budynków przeznaczonych dla elit politycznych była reprezentacyjna i luksusowa. Po dziś dzień te obiekty przypominają raczej pałace niż sanatoria. Oprócz elit politycznych przybywających do Tskaltubo, z uzdrowiska korzystali także robotnicy przebywający na socjalnych turnusach na podreperowanie kondycji. Stałymi gośćmi uzdrowiska byli również seniorzy. Spacerując po parku zdrojowym i korzystając z leczniczych właściwości lokalnych wód, nabierali sił i wracali do zdrowia. W Latach 50. sanatoria w Tskaltubo wyposażono łącznie w 5800 łóżek. Przy pełnym obciążeniu co roku przyjmowano aż 160 000 kuracjuszy.

Stalin i łaźnia numer 6

Będąc w Tskaltubo i spacerując po parku, warto odwiedzić łaźnię numer 6, która zostało wybudowana specjalne dla Stalina. Prace przebiegały w rekordowo szybkim tempie. Wszystko musiało być gotowe na jego przyjazd w 1951 roku. Mówi się, że udział w budowie brało aż 4000 robotników. Dziś łaźnia jest własnością prywatną, ale nadal można zobaczyć oryginalnie zachowane pomieszczenia, w których leczył się Stalin. Odwiedził on Tskaltubo dwa razy. Po raz pierwszy w 1931 roku i drugi we wspomnianym 1951. Oczywiście ujawnianie informacji o jego dolegliwościach i stanie zdrowotnym było surowo zakazane. Sadząc po specyfikacji sanatorium, najprawdopodobniej miał on problemy z wysokim ciśnieniem krwi. Stalina był pod dużym wrażeniem gruzińskiego uzdrowiska i po powrocie do Moskwy wydał rozkaz o budowie nowych sanatoriów. To dzięki temu od 1951 roku zaczął się nowy etap w historii miasta Tskaltubo.

Tskaltubo po upadku Związku Radzieckiego

W 1991 roku Gruzja odzyskała niepodległość. Upadek Związku Radzieckiego przyniósł wolność, ale wraz z nią bardzo ciężką sytuację gospodarczą. Pociągi z Moskwy pełne turystów już nie kursowały, w kraju rozpoczęła się wojna domowa. W wyniku tego ponad 250 tys. etnicznych Gruzinów musiało opuszczać Abchazję. Część z nich „chwilowo” zajęła opuszczone sanatoria w poszukiwaniu schronienia. W 1998 roku w Tskaltubo zarejestrowane było 2218 rodzin uchodźców. W tej chwili jest ich 564. W rozpadających się ścianach „tymczasowego” schronienia rodzą się kolejne pokolenia. Łączna liczna uchodźców w Tskaltubo to 5000 osób, co w 2011 roku stanowiło prawie połowę mieszkańców miasta.

Nowe życie miasta

Turystyka jest jedną z najważniejszych dziedzin gospodarki Gruzji. Liczba odwiedzających kraj z roku na rok wzrasta. Rozwój turystyki uzdrowiskowej i senioralnej staje się coraz popularniejszy, a dawne sanatoria odzyskują swój niegdysiejszy blask. Odbudowa miast, stworzenie bazy noclegowej o odpowiednim standardzie jest oczywiście związane z ogromnymi inwestycjami. Tutaj z pomocą przyszedł najbogatszy Gruzin, były premier i założyciel partii rządzącej Gruzińskiej Marzenie – Bidzina Iwaniszwili. Widząc olbrzymi potencjał Gruzji w tym sektorze turystyki, postanowił zainwestować miliony. W samym Tskaltubo sfinansował prace mające na celu przywrócenie dwóch olbrzymich sanatoriów i 9 łaźni. Zanim jednak Tskaltubo odzyska swą sławę i blask z lat 50. przyjdzie nam pewnie jeszcze trochę poczekać. Nie mniej już teraz jest to miejsce warte odwiedzenia, miejsce, gdzie seniorzy mogą w ciszy i spokoju odpocząć, ciesząc się uzdrowiskową mocą lokalnych wód i obcując z niezwykle ciekawą historią tego miejsca.

Maia Varshanidze





print

Maroko cz.2


Błękitne miasto porady dla seniora

UWAGA SENIORZE

Porady, na co zwrócić uwagę w błękitnym mieście:

– duża ilość często nieregularnych stopni (oczywiście można zaplanować trasę spaceru tak, aby tych stopni było jak najmniej i dodać do tego przystanki na herbatkę / jeśli planujecie jednak bardzo intensywne zwiedzanie miasta + spacer pod hiszpański meczet spacerujcie ostrożnie i zgodnie z Waszymi możliwościami )
– nocleg ( tutaj większość noclegów to skromne, ale bardzo urokliwe niebieski Riady ( czyli marokańskie domu, z kilkoma pokoikami) / w tych hotelikach z pewnością nie będzie windy, ani wielkich przestrzeni, będzie za to niepowtarzalny klimat / zawsze zachęcam aby zostać w tym mieście na noc, a nie tylko potraktować jako kilkugodzinny przystanek
– bagaż ( bus nie podjedzie pod sam hotel, ale bez obaw z pewnością znajdą się pomocnicy, którzy za drobną opłata wniosą nam walizki do hotelu)





print

Maroko


Błękitne miasto Maroka

SENIORA W MAROKU

Maroko ma wiele kolorów, każdy z nich inny i wyjątkowy. Wyjątkowy jest także błękit miasta Chefchaouen w górach Riff. Medyna z labiryntem wąskich kamiennych uliczek i zaułków, pozwala całkowicie zatracić się w pięknie tego miejsca. Przez wiele lat skrywane przed oczyma chrześcijan zachowało swój unikatowy klimat. Wznoszone od XV wieku przez stulecia do 1920 roku stanowiło obszar wyłącznie dla Żydów i muzułmanów.

ULICAMI MIASTA

Spacerując nieśpiesznie uliczkami miasta, seniorzy mogą godzinami podziwiać gipsowe fasady riadów. Ich intensywne niebieskie kolory, pięknie zdobione drzwi, wymuszają wręcz liczne przystanki. Warto przysiąść na chwile w jednej z lokalnych kafejek, zamówić miętową herbatę i po prostu chłonąc atmosferę miasta. Miasto o każdej porze dnia wydaje się inne. Wspaniała gra świateł, zupełnie zmienia jego oblicze. Jeśli siły pozwolą pofatygujcie się obejrzeć zachód słońca widziany z oddalonego hiszpańskiego meczetu. Rekompensatą za wspinaczkę będzie zapierająca dech w piersiach panorama miasta skąpana w złotych promieniach słońca. Choć piękno tego miasta moim zdaniem w dużej mierze polega na jego atmosferze, nie zapomnijcie zerknąć na dobrze zachowana kazbę i unikatowy XV wieczny meczet z ośmiokątnym minaretem

BŁĘKIT CHEFCHAOUEN

Błękit wypełniający uliczki Chefchaouen nie jest przypadkowy. Na jego temat pojawia się kilka teorii:

1. Pierwsza zakłada, że zamieszkujący niegdyś te tereny Żydzi malowali domy na niebiesko, aby zatrzeć granicę pomiędzy niebem a ziemią.
2. Druga mówiła, że kolor ten miał stanowić ochronę przed urokami, tzw. ” złym okiem”
3. Ostatnia zaś upatrywała w kolorze niebieskim praktyczne zastosowanie, miał on odstraszać komary i inne owady

Jak naprawdę było pewnie się nie dowiemy się. Jedno jednak jest pewne, Chefchaouen jest pięknym miastem do którego koniecznie powinniście zawitać planując swą wyprawę do Maroka.

Zanim wyruszycie prze





print

Smaki Sri Lanki


utw@tarnowo-podgorne.pl przez gmail.com 

21 kwi 2020, 12:43 (6 dni temu)


do UDW: mnie

Wracam do Państwa z dawką podróżniczych wiadomości.Obecnie sporo czasu spędzamy w domu, wielu z nas pewnie częściej zagląda do lodówki:)

Postanowiłem, że ten wpis będzie po części kulinarny. 

 

Pozostając na Sri Lance, prezentuje TOP 5 -  główne dania kuchni lankijskiej. 

Są to potrawy, bez których nie sposób obejść się na wyspie.

 

Lubicie kuchnię azjatycką? Może chcieli byście się podzielić związanymi z tym tematem swoimi doświadczeniami? Może zdradzicie nam jakieś ciekawe przepisy?  

 

Czekam na Facebooka na Wasze opinie i komentarze: https://www.facebook.com/Podr%C3%B3%C5%BCe-seniorapl-112067790464398 

 

 

Mam nadzieję, że ten krótki wpis, zainspiruje Was do nowych kuchennych eksperymentów, którymi chętnie się z nami podzielicie 

 

 

TOP 5 - Smaki SRI LANKI

1.     RICE & CURRY

niekwestionowany lider, niemalże narodowa potrawa Sri Lanki. Dobra praktycznie o każdej porze dnia i nocy:) Jest to ryż z dodatkami curry. Dodatków z reguły są od 3 do nawet kilkunastu. Najczęściej pojawia się dhal (czyli soczewica lub inne odmiany roślin strączkowych) wersja z rybą czy kurczakiem do tego dodatki jak papadam ( bardzo cienkie naleśniki robione najczęściej z mąki z soczewicy) I pol sambola (starty kokos z szarotką i chili)

2.     HOOPERS

rodzaj cienkich naleśników z mleka kokosowego i mąki ze fermentowanego ryżu. Najbardziej popularna i pożywna jest wersja z jajkiem tzw. egg hoppers. Idealne danie śniadaniowe z dodatkiem pol sambola czy curry.

3.     KOTTU

siekane roti (które dla nas może trochę przypominać makaron) W zależności od wersji przyrządzane jest wraz z dodatkiem smażonych warzyw, jajka i oczywiście przypraw. Wersje mięsne wzbogacone są o kurczaka, wołowinę czy ryby. Odgłos siekanego roti jest charakterystyczny i rozpoznawalny dla fanów tego dania.

4.     POL ROTI

tradycyjne chlebki robione z mąki pszennej wraz z wiórkami kokosa. Serwowane w towarzystwie curry lub samboli

5.     OWOCE MORZA

świeże owoce morza to punkt obowiązkowy kulinarnej podróży po Sri Lance

 

Przepisy oraz różne wariacje prezentowanych dań, bez problemu znajdziecie w internecie 

Pozdrawiam i do zobaczenia za kilka dni

Bartek Łowigus





print

Podróże po Sri Lance


Moi Drodzy, 

 

Mam nadzieje, że Święta Wielkanocne minęły Wam w zdrowiu i spokoju.

 

Dziś chciałem zabrać Państwa w podróż. Zapewne większość z Was po krótkiej podpowiedzi, już domyśla się gdzie tym razem powędrujemy. 

 

Zapraszam do lektury i prezentacji, którą znajdziecie pod poniższym linkiem:

https://youtu.be/rL81d5p7yxk  

 

Artykuł i zdjęcia znajdziecie Państwo także na nowym Facebooku, który powstał specjalnie z myślą o Was. Zachęcam do polubienia strony i śledzenia wiadomości. 

https://www.facebook.com/Podr%C3%B3%C5%BCe-seniorapl-112067790464398/?ref=br_rs  

 

Tym samym, aby umilić Państwu czas spędzany w domu, będę wracał teraz częściej z podróżniczymi przygodami:) 

 

 

Herbaciany pociąg.

 

Drodzy Seniorzy, czy domyślacie się już dokąd dziś wybierzemy się w podróż? Czy herbaciane pola przywodzą Wam na myśli jakieś odległe azjatyckie krainy? Zapewne większość z Was słusznie wytypowała, że mowa o wyjątkowej perle na Oceanie Indyjskim, jaką jest Sri Lanka.

Jeśli jeszcze nie zaparzyliście herbaty to najlepszy moment, aby to zrobić. Za chwilę ruszamy. Będzie to wyjątkowa podróż. Przemierzając pociągiem wyspę, poznamy jej przyrodniczą różnorodność, odkryjemy najpiękniejsze zakątki i skosztujemy słynnej cejlońskiej herbaty.

Zanim wyruszy w drogę, musimy poznać choć garść podstawowych informacji o odwiedzanym miejscu. Sri Lanka to wyspiarski kraj w Azji Południowo-Wschodniej, oddalony od Polski w linii prostej o ok 7500 km. Tak wiele i tak niewiele zarazem. Przy obecnej technologi wsiadając w Warszawie do samolotu po zaledwie 9-10 godzin znajdziemy się już na miejscu. Są oczywiście inne opcje,  jak choćby kilka miesięcy jazdy rowerem, ale może to rozwiązanie zostawmy "ekspertom". Na powierzchni pięć razy mniejszej od Polska, bo zaledwie 65 tys km2, mieszka 21 mln mieszkańców, co łatwo da się zauważyć po ulicznym ruchu. Większość z mieszkańców wyspy bo blisko 70% to wyznawcy buddyzmu. Jest to zdecydowanie religia dominująca na Sri Lance, choć niekiedy ma się wrażenie, że miesza się ona z hinduizmem, stanowiącym druga religię wyspy. Poza tym mamy blisko 10 % muzułmanów i ok 7% chrześcijan, którzy skupiają się głownie na południowo-zachodnim wybrzeżu. Pozostaje jeszcze wspomnieć o klimacie. Wysiadamy na lotnisku i na naszych twarzach pojawia się uśmiech. Podczas, gdy u nas zimno i zastanawiamy się czy aby ta kurtka jest wystarczająca, tutaj wita nas ciepłe wilgotne powietrze.

Z uśmiechem na twarzy możemy rozpocząć odkrywanie jednych z najpiękniejszych tras kolejowych świata, które swą historią sięgają połowy XIX wieku. Dokładnie w 1864 roku uruchomiony zostaje  na Sri Lance pierwszy odcinek trasy liczący niewiele ponad 50 km. Brytyjczycy potrzebowali szybkiego sposobu na transport towarów z Kandy na wybrzeże. Takie przedsięwzięcie wymagało zaangażowania bardzo duże ilości osób. Ściągano niewolników, którzy harowali od rana do wieczora, niejednokrotnie ginąc z powodu malarii i wycieńczenia.  Karczowali lasy, drążyli tunele, budowali mosty a wszystko na potrzeby KAWY. Tak dobrze czytacie! To kawowe plantacje przyczyniły się do rozwoju lankijskiej kolei. Nie herbata, nie cynamon a kawa. Radość jednak nie trwała długo. Po kilka latach w 1869 roku, Sri Lankę nawiedza zaraza, która dziesiątkuje plantacje. Biznes kawowy upada, otwierając tym samym erę herbaty.  

Herbaciany pociąg ruszył. Trzecia klasa z pewnością zabierze nas w niezapominaną podróż. Czego może spodziewać się senior w najniższej klasie lankijskiej kolei? Będzie tłoczno, będzie gwarno, będzie tanio i na pewno lokalnie. Można skorzystać z oferty miejscowych handlarzy i zakupić przekąski, można zaczerpnąć świeżego powietrza w drzwiach jadącego pociągu. Jak to mówią będzie się działo. Jeśli ktoś preferuje wygodniejszą formę, najlepszą opcją będą miejsca siedzące tuż przy oknach w wyższych klasach. To gwarancja pięknych widoków w odrobinę lepszym standardzie. Podróż koleją na Sri Lance to nie tylko podróż w poszukiwaniu pięknych krajobrazów, to także mam wrażenie podróż w czasie. Dworce kolejowe, tablice informacyjne, rozkłady jazdy, bardzo często przywodzą na myśl czasy kolonialne. Do tego dawne fabryki herbaty i już jesteśmy myślami lata wstecz.

Koniec teorii. Pora przekonać się o tych wyjątkowych krajobrazach na własne oczy. Sprawdźmy czy zasługują na miano jednych z najpiękniejszych na świecie. Powiedzcie szczerze czy nie chcieli byście przenieść się w tej chwili nad cieplutki ocean? Wypocząć na piaszczystych plażach? Zaznać trochę słońca i beztroskiego relaksu z dala od tych wszystkich problemów? Przyznajcie, że w obecnej sytuacji byłoby to chyba idealne rozwiązanie.

Jedna z tras kolejowych na Sri Lance prowadzi wzdłuż wybrzeża i dostarcza niezapomnianych wrażeń. Momentami biegnie tak blisko oceanu, że chciało by się zatrzymać pociąg i wyskoczyć do ciepłej krystalicznie czystej wody. Nic prostszego wystarczy tylko wybrać jedną z licznych stacji i gotowe. Seniorzy nie mogą chyba narzekać na brak atrakcji, jakie ma im do zaoferowania wybrzeże. Macie ochotę na połów ryb? Proszę bardzo. Od razu zaoferuje tradycyjny lankijski sposób. Czy coś złapiecie zagwarantować nie potrafię, ale frajda gwarantowana. Sam połów wygląda dość interesująco, siedząc na palach wbitych w ziemię, wyczekujemy aż małe kolorowe rybki żerujące na rafie, staną się naszym trofeum. Dziś co prawda należy powiedzieć sobie szczerze. Ten sposób połowu nie należy do najpopularniejszych a jedynie wzbudza zainteresowanie licznych turystów. Jeśli ktoś nie jest fanem tego rodzaju sportów zawsze może wybrać rejs. Odkrywanie morskiego świata z maską i rurką w dłoni, poszukiwanie wielorybów i delfinów, których u wybrzeży Sri Lanki nie brakuje, czy tradycyjny połów krewetek to tylko nieliczne z atrakcji czekających na seniorów. Wielkim przeżyciem może okazać się także nocny spacer brzegiem oceanu, podczas którego przy odrobinie szczęścia spotkacie olbrzymie żółwie morskie. Pamiętajcie, jednak proszę o zachowaniu ostrożności w stosunku do tych pięknych stworzeń. Komu jeszcze mało nadmorskich atrakcji,  może zawsze postawić na architekturę i odwiedzić słynne miasto Galle. Pięknie zachowana kolonialna zabudowa, największy fort kolonialny w tej części Azji, to powody dla których miasto to znalazło się na liście UNESCO. Wieczorny spacer wąskimi uliczkami, urocze restauracyjki to idealny pomysł na jedno z popołudni.

Sri Lanka to niezwykle zróżnicowany kraj, o czym zaraz się przekonacie. Z nad plaż Oceanu Indyjskiego przeniesiemy się niecałe dwie godziny drogi w zupełnie inny, tym razem górski krajobraz. Wśród najróżniejszych przewodników i opinii internautów trasa, na którą będę chciał państwa zabrać, uchodzi za najpiękniejsza. Mowa o ponad 6 godzinnym odcinku z  dawnej stolicy Kandy do miasteczka Ella. Widoki zachwycaj, wysokie górskie zbocza pokryte krzewami herbacianymi, ponad 100 metrowe wodospady, pełno zieleni, to tylko część atrakcji jakie czekają na pasażerów. Ale wszystko po kolei. Zacznijmy od Kandy. Miasto które w moim odczuciu okres swojego piękna ma już dawno za sobą. "Nowoczesna" azjatycka zabudowa stopniowo przysłania kolonialne budynki, które nieśmiało próbują zwrócić na siebie uwagę przechodniów. Smog, tysiące tuk tuków i samochodów przedzierające się przez ulice miasta, nie pozwalają zaczerpnąć świeżego powietrza. W tym całym zgiełku, jest jedno miejsce, które warto odwiedzić - Świątynia Zęba Buddy. Miejsce dość mistyczne, dla większości buddystów najważniejszy punkt pielgrzymkowy kraju. Codziennie rano i wieczorem odbywają się ceremonie zrzeszające setki a niekiedy tysiące ludzi. Bębny, składane ofiary w formie kwiatów i wyczekiwanie, aby przez kilka minut złożyć pokłon relikwią zęba Buddy. Pełni religijnych doświadczeń, możemy odkryć kolejne miejsca na trasie naszej kolejowej wędrówki. Pokonamy prawie 1500 metrów przewyższeń, liczne przełęcze i serpentyny górskie po to, aby dotrzeć to tzw. Małej Anglii. Na wysokości blisko 1900 m.n.p.m znajduje się bowiem miasto Nuwara Eliya. Założone jeszcze w XIX wieku przez brytyjskiego podróżnika i odkrywce Samuela Bakera.  Dzięki odpowiedniej wysokości i klimatowi, miasto to stało się niezwykle popularne wśród kolonialnej ludności. Pozwalało zaznać wytchnienia w upalne dni, i poczuć się jak w brytyjskim miasteczku. Powstała poczta, pola golfowe, tor wyścigów konnych i wiele pięknych kolonialnych budynków. Okoliczne wzgórza prócz herbaty zaczęły obfitować z spotykane w europejskim klimacie warzywa i owoce. Brytyjczycy czuli się jak u siebie. Dziś z kolonialnego uroku pozostało kilka domów, hoteli oraz oczywiście klimat, który faktycznie w stosunku do reszty wyspy nie pozwala nam o sobie zapomnieć. Wychodząc na wieczorny spacer musimy pamiętać o cieplejszej bluzie czy kurtce. Niektórzy twierdzą, że od tego momentu rozpoczynają się najpiękniejsze widoki. Mowa głównie o polach herbacianych, którym warto przyjrzeć się z bliska. Najlepsza ku temu okazją jest przystanek w Haputale. Miasto samo w sobie nie jest najpiękniejsze, jednak jego okolice skrywają skarby na skale światową. Aby do nich dotrzeć, najlepiej wybrać się na tzw. tuk tuk safari:) Frajda gwarantowana. Małe górskie uliczki, zbocza pełne herbacianych krzewów i zapierające dech w piersiach widoki, które prowadzą nas na najwyższy punkt trasy, czyli Lipton Peak. Jesteśmy na blisko 2000 m.n.p.m, tutaj herbata smakuje zupełnie inaczej. Szczyt na który się wspinaliśmy nosi imię Jamesa Liptona nie bez przyczyny. To właśnie na Sri Lance pod koniec XIX wieku zrobił on interes z Jamesem Taylorem i zaczął eksportować herbatę na cały świat. Od tego momentu nazwisko Lipton, chyba w każdym miejscu na świecie utożsamiane jest z herbatą.

Sri Lanka, a może byłoby prościej Cejlon, kojarzy nam się nierozerwalnie z herbatą. Ta niewielka wyspa jest czwartym producentem herbaty na świecie. Jakość cejlońskiej herbaty uchodzi za najlepszą! To zasługa warunków klimatycznych i ukształtowania terenu, a także milionów rąk które się do tego przyczyniły. Jak zapewne się domyślacie, nie było łatwo przystosować blisko 4% kraju do uprawy herbaty. Wymagało to wielu lat zaangażowania i ciężkiej pracy. Kobiety syngaleskie nie były skore do pracy przy wymagających herbacianych polach,  ratunek znaleziono w taniej sile roboczej z południowych Indii. Kobiety tamilskie, wraz z rodzinami po dziś dzień nie mają łatwego życia. Warunki w jakich mieszkają są bardzo skromne a praca słabo opłacalna i wymagająca. Liście herbaty zbierane są  bez względu na pogodę, zbocza niekiedy bywają bardzo strome a dookoła mnóstwo pijawek. O czym nie raz miałem okazję się przekonać.

Będąc na herbacianych polach nie sposób nie wspomnieć choć kilka słów o całym procesie produkcji. Wszystko zaczyna się oczywiście od zrywania liści. Ręcznie zbiera się tylko dwa, trzy jasnozielone listki. Następnie kobiety wrzucają je do koszy czy worków, zawieszonych na plecach i przenoszona po punktu ważenia. Tutaj praca dla męskiej części, nadzorca dokładnie waży przyniesiony towar i skrzętnie wszystko zapisuje. Z reguły plantacje ustalają dzienny wymóg, na poziomie 15-20 kg! Co daje zarobek rzędu 3-4 $.... Później przychodzi rola fabryki, gdzie liście przechodzą cały szereg procesów, między innymi kilkunastogodzinne osuszanie, rolowanie, przesiewanie, oksydacja, suszenie itp. Ostatecznie herbata trafia do naszych filiżanek. Czy to czarna, zielona czy biała. Nie ma znaczenia. Pamiętajmy o tym, że wszystkie one pochodzą z tego samego krzewu! Różnica pojawia się dopiero w procesie obróbki.

Przed nami ostatnia prosta i docieramy do Elli, niewielkiego miasteczka skrytego pomiędzy pięknymi górskimi zboczami. Atrakcji dla osób aktywnie spędzających czas w okolicy nie brakuje. Mamy liczne piesze szlaki, jaskinie, wodospady czy piękny kamienny most z lat 20 tych XX wieku. Po całym dniu wędrówki i głowie pełnej wrażeń, należy nam się jednak chwila relaksu przy filiżance najlepszej cejlońskiej herbaty. Na którą Was teraz bardzo serdecznie zapraszam.

Dziękuję za podróż

prowadził Was Bartek Łowigus